piątek, 13 czerwca 2014

#1

Stoję w wielkim tłumie. 
Wyciągam dłoń do ludzi. 
Nie chwyta jej nikt...

Romy
   ***
Strach jest jak mała pięść, kurczowo zaciśnięta gdzieś pod żebrami, która sięga swym zimnym dotykiem aż do samego serca... Ucisk jest stały i choć zdążysz się do niego przyzwyczaić, to wcale nie znaczy, że o nim zapominasz, ani że przestajesz go czuć. Za dnia jest lepiej, wydaje ci się, że jesteś bezpieczna, ale nocą... nocą strachy robią się całkiem bezczelne i wychodzą. Nie jesteś w stanie ich powstrzymać. Tak, jak ja...


***

Chłodna, ostra stal płozy przecięła gładka taflę lodowiska, gdy dziewczyna zatrzymała się nagle, unosząc w górę smukłe ręce i wyginając plecy w łuk. Zwiewny materiał sukienki zafalował wokół jej bioder, a stopy obute w białe, nieco sztywne łyżwy zatrzęsły się lekko, tylko odrobinę. Ścięty ostrzem lód opadł jak na zwolnionym filmie i prawie natychmiast zaczął topnieć, jakby podłoże było rozgrzane od jej wcześniejszych płynnych ruchów. Było...
Trzymała równowagę, dopóki nie ucichła muzyka, w tym czasie zaś jej oddech powoli wracał do normy — nie dostała większej zadyszki, więc wszystko szło tak, jak powinno. Było dobrze, coraz lepiej. Pozwoliła sobie otworzyć oczy i uśmiechnąć się lekko, bardzo dyskretnie, lecz nie trwało to długo.
Jest stanowczo zbyt pulchna.
Zachwiała się, prawie upadając na zimny lód — taki sam, co w jednej chwili skuł jej wnętrze mroźnym uściskiem niedowierzania. Głos matki, przeciągający samogłoski, był pełen wyrzutu, jak zwykle. Za gruba, zbyt wysoka, nijaka, bez wyrazu, zupełnie przeciętna... Dziewczyna opuściła ręce wzdłuż tułowia i podniosła zawstydzony wzrok — matka nawet nie starała się mówić szeptem. O, nie, całkowicie świadoma tego, że była doskonale słyszana, przemawiała do trenera głośno i wyraźnie, z wielkim okrucieństwem.
Mówiłam jej, że musi schudnąć, ale ona wciąż się obżera!
Objęła twarz matki nienawistnym, buntowniczym spojrzeniem, ale tak naprawdę wstydziła się, po raz kolejny, swojej słabości, choć przecież tamtego dnia zjadła ledwie ułamek tego, co mogła i powinna była zjeść. Tak bardzo chciała usłyszeć wreszcie jakieś miłe słowo. Tak bardzo dusiła w sobie ten wstręt do własnego ciała! Tak bardzo pragnęła po prostu zniknąć...
Tu nie chodzi o jej wagę, spójrzmy prawdzie w oczy. Ona po prostu nie ma do tego talentu...
Wysoki pisk niedowierzania poniósł się echem po lodowisku, gdy dziewczyna wreszcie pozwoliła mięśniom na chwilę słabości i upadła, boleśnie tłukąc sobie łokcie i kolana. Zmrożony lód zaczął pękać pod jej ciężarem, trzeszcząc głośno i złowrogo. Straciła panowanie nad własnym ciałem, wpadając do zimnej wody, której wcale nie powinno tam być. Pisk przeszedł w krzyk, krzyk w bulgotanie...
 

***

Głęboki wdech.

Spazmatyczny wydech.

Chyba się topię...
 
To nie może być prawda! Nie może!

Obudź się, R. 

Pokonaj to, bo możesz.

 
Pierwszym, co czuję, gdy wreszcie udaje mi się rozchylić kurczowo zaciśnięte powieki, jest to, że siedzę. Siedzę na łóżku, dysząc głośno oddechem świszczącym w gardle, a zimny pot spływa po moich plecach, przesiąkając przez cienki materiał bawełnianej koszulki. Pierś faluje, natomiast serce wyrywa się z niej, jakby i tym razem miało dosyć. Toczę tępym, zdezorientowanym spojrzeniem po całym pomieszczeniu, próbując skupić wzrok na czymś konkretnym. Wokół jest jeszcze raczej ciemno, niewiele mogę widzieć, choć dobrze znany błysk sprawia, że powoli przytomnieję. Wiem, gdzie jestem... Duże lustro w białej drewnianej ramie stoi tuż przy oknie, po mojej prawej stronie i wygląda tak samo znajomo i okrutnie, jak co dzień. Moje narzędzie tortur, mój egzekutor... Tak bardzo nienawidzę obrazu, który mi ukazuje!
To był tylko sen, z rodzaju tych, co wysysają z ciała całą energię, a z umysłu wszelką radość. Nie śniłam w ten sposób po raz pierwszy, niestety... W ciemności sięgam rozdygotaną, lepką od potu dłonią do nocnej szafki i wyjmuję moje pigułki, które muszę zaraz zażyć, jeśli chcę w ogóle jakoś funkcjonować, bez napadów strachu czy właśnie trzęsących się dłoni. Nie nazywam tego chorobą — taka już moja uroda, że denerwuję się nawet podczas snu. Mogę z tym żyć, mówię sobie, i to pozwala mi na wyjście z łóżka. Bywały epizody, gdy nie oglądałam światła słonecznego tygodniami — wciąż walczę, by te mroczne, straszne dni już nigdy nie powróciły.
Muszę wstać, nie ma innej rady. Za oknem dnieje — to znak, że czas na mnie, a jeśli odpowiednio się sprężę, powinnam nawet zdążyć na pierwszy trening i wiem, że ona by tego wymagała. Spuszczam więc wciąż lekko ścierpnięte, zimne stopy na podłogę i wstaję. Łykam kolorowe pastylki, krzywiąc się paskudnie i wciskam losowy klawisz na komórce — jest za kwadrans szósta. Litości... 

***
 
Krocząc ulicą, mijam wielu ludzi, w tym także moich rówieśników. Idą w przeciwnym kierunku, więc niejednokrotnie odwracam się, by zatrzymać na nich wzrok o jedną chwilę dłużej, niż powinnam. Obserwuję dziewczyny takie jak ja, choć rumiane i uśmiechnięte, z oczami błyszczącymi radością i chęcią do życia. Dosłownie promienieją w świetle tego chłodnego wiosennego poranka, wesoło rozmawiając i obejmując się wzajemnie, a ja nawet nie wiem jakie to uczucie być częścią grupy. Spuszczam więc wzrok, by wbić go w szary chodnik i skupić myśli na tym, co mnie czeka.
Sala treningowa jest spora, ciepła i prawie przytulna. Ściany są pomalowane na jasny koral, a światło słoneczne wlewające się przez duże okno pozwala małym drobinkom kurzu wirować w powietrzu. Nikt na mnie nie czeka, czemu się wcale nie dziwię — trenuję odkąd tylko nauczyłam się chodzić, więc niepotrzebny mi nikt do pomocy. Zrzucam bluzę i adidasy, zakładam słuchawki na uszy i zaczynam. Mięśnie budzą się do życia w tym przyjemnie znajomym rytmie, serce przyśpiesza, skóra zaczyna błyszczeć od potu i wiem, że to wszystko nie idzie na marne. Ćwiczę układ numer trzy z mojej listy, jest to choreografia przygotowana specjalnie na małe, okręgowe zawody, które powinnam i zamierzam wygrać. Muszę wykonać wszystkie figury „na sucho”, by później przenieść się na lód.
Tak, uprawiam łyżwiarstwo figurowe odkąd tylko pamiętam i aż dziw bierze, że potrafię jeszcze chodzić w normalnych butach. Spoglądam na swoje stopy i widocznie krzywe palce — te największe noszą na sobie ślady odcisków i liczne zgrubienia. Nie, nie są piękne. Ja także, jako całokształt dorastającej dziewczyny. Podnoszę wzrok i patrzę prosto w swoje szeroko otwarte oczy widoczne w lustrze — mają dziwny, intensywny kolor i według mnie są za duże. Unoszę dłonie, najpierw lewą, potem prawą i dotykam twarzy, przesuwając palcami po bladych policzkach. Wyglądam na zmęczoną i tak się właśnie czuję. Wypompowana. Docieram do ust i mam ochotę gryźć paznokcie, aż do krwi. Nienawidzę siebie i tego odbicia. Nienawidzę luster, szyb i sklepowych witryn. Nienawidzę na siebie patrzeć...
Odwracam wzrok i kulę się mocno, chowając głowę między kolana — to nie jest fragment układu, ale nie mogę inaczej. Muszę ochłonąć i zatrzymać nadchodzący atak paniki. Uczucie nierealności jest bardzo mocne i wyciska mi z płuc całe powietrze, skręcając wnętrzności w jeden wielki supeł nieuzasadnionego strachu. Jestem wariatką, ale wiem jak z tym walczyć za każdym razem, gdy to do mnie dociera. Chce mi się wyć...
Żałosna idiotka — mówię pod nosem, wsuwając drżące palce w wilgotne od potu włosy. W moim głosie pobrzmiewa ton matki, co mobilizuje mnie do ruchu i nagle prostuję się gwałtownie, wchodząc od nowa w swoją rolę łyżwiarki. Jestem dumna i wyprostowana, nawet odrobinę wyniosła. Rzucam wyzwanie samej sobie, jak każdego dnia. Tańczę, dopóki starczy mi tchu.
Na lodowisko docieram w porze obiadu, więc muszę coś zjeść, bo czuję już drżenie kolan i ogólne wyczerpanie. Spędziłam na treningu prawie sześć godzin — po raz kolejny zbyt długo. Idę do małego baru, który znajduje się w budynku mojego klubu sportowego. Lodowisko, na którym ćwiczę, nie jest prywatne, więc aż roi się tam od ludzi, głównie młodzieży, z przewagą dziewczyn nad chłopcami. Pozwalam sobie na skromną porcję gotowanych warzyw i naprawdę mikroskopijny kawałek białego mięsa, choć gdybym mogła, to zjadłabym o wiele, wiele więcej. Jestem taka głodna! Moje oczy muszą być wielkie na widok tych wszystkich pyszności, którymi raczą się tamci, raczej amatorzy łyżwiarstwa, niż zawodowcy. Ja nie mogę — jestem na diecie, odkąd tylko pamiętam.
Siadam samotnie w kącie pomieszczenia i żuję powoli, nie czując smaku albo nie chcąc go czuć. Napełniam żołądek, bo wiem, że muszę. Czeka na mnie ta część dnia, która wymaga dużych nakładów energii i stalowych nerwów — trening pod surowym okiem Eryka.
Gdy zjawiam się w szatni, on już tam jest. Nie widzi mnie, gdy wchodzę, a ja tylko przelotnie obrzucam spojrzeniem jego wysportowane, wciąż młode ciało, zanim cichym „cześć” oznajmiam, że przyszłam. Odwraca się, wciągając koszulkę i kiwa mi głową. Nie umyka mojej uwadze skrawek umięśnionego brzucha, który niemal natychmiast znika pod materiałem, choć udaję, że nie zrobiło to na mnie żadnego wrażenia. Szalejące we mnie hormony staram się tłumić już od dawna, ale w jego towarzystwie jest mi trudno, bo Eryk jest na swój sposób atrakcyjny. Ma krótko ścięte włosy i przenikliwy wzrok. Nie uśmiecha się zbyt często.
Dzisiaj krócej, bo mam sprawy na mieście — mówi oschle i zostawia mnie samą, żebym w spokoju zmieniła ubranie.
Siadam na drewnianej ławce i uspokajam oddech. On dziwnie na mnie działa, a w ostatnich dniach coraz bardziej się w jego towarzystwie denerwuję. Nie mam pojęcia co mi jest, ale to poczucie całkowitego rozdygotania i trudności ze skupieniem myśli nie mogą być jedynie wynikiem problemów emocjonalnych, które miewam. To jest zupełnie co innego. On jest inny.
Biorę się w garść, bo wiem, że każda chwila zwłoki zostanie przez niego bezwzględnie wyegzekwowana w trakcie treningu. Patrzy na mnie spod grubych, zmarszczonych brwi, gdy wreszcie udaje mi się dotrzeć na lód. 
Jadłaś? — pyta. Kiwam głową.
Nie wygląda na przekonanego, ale nie mówi nic więcej. Wie dokładnie o rygorze, jaki stosuje wobec mnie moja matka. Nie byłby to pierwszy raz, gdy podzieliłby się ze mną swoim jedzeniem, choć przecież nie powinien. Ona nie byłaby zadowolona.
Czuję pod stopami znajomy opór i zaczynam się rozpędzać. To wspaniałe wrażenie, że nie ogranicza cię nic, prócz przezroczystych band, które oddzielają trybuny od tafli. Robię wszystko odruchowo, nie towarzyszy mi też większy lęk przed upadkiem — to z obycia i przyzwyczajenia. Rozgrzewam się dosłownie przez chwilę, zanim postanawiam wykonać pierwszy tego dnia skok. Wystarczy zamach prawą nogą i szybki obrót, po czym ląduję odrobinę ciężko, ale Eryk nie krzyczy, więc chyba nie jest tak źle. Wypuszczam powietrze ustami z prawdziwą ulgą — kolejny raz, gdy nie upadam jak nieudacznica. Jeżdżę jeszcze przez chwilę poza układem, a później przystaję na środku i z całych sił się koncentruję. Nie potrzebuję muzyki, moje ciało śpiewa. Ten wysiłek, ten pęd — to jest to, czego najbardziej pragnę, a równocześnie najgoręcej nienawidzę. Zaczynam.
To miał być Rittberger, nie pamiętasz? — słyszę niemal natychmiast po pierwszym wybiciu w układzie, więc się zatrzymuję.
Eryk jest już przy mnie i unosi brwi w oczekiwaniu na odpowiedź. Jest zły, widzę to doskonale. Często miewa humory, ale tym razem musi być naprawdę wkurzony. Spuszczam wzrok i boję się na niego spojrzeć.
Ogłuchłaś?
Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale wydostaje się z nich tylko cichy skrzek. Nie potrafię z nim rozmawiać, szczególnie wtedy, gdy jest w złym nastroju. Małe włoski na przedramionach budzą się do życia na sam dźwięk jego dudniącego głosu. Łapie mnie za łokieć i potrząsa. Muszę podnieść wzrok, nie mam innego wyjścia.
Zmieniłam układ — wypalam, a on nachyla się bliżej, jakby chciał lepiej słyszeć. Co takiego? — pyta.
Wzruszam ramionami, dając mu do zrozumienia, że mógłby już puścić moją rękę. Mało powiedziane, że odczuwam dyskomfort, gdy mnie dotyka. To takie dziwne uczucie... Skóra mi płonie.
Nie wychodziło mi, sam widziałeś. Zmieniłam ten skok i jest lepiej. Mogę ci pokazać? — głos mi się łamie, ale próbuję wyglądać na niewzruszoną.
Oddala się, bez słowa. Ręka boli, choć znów nie tak bardzo. Rozcieram lekko zaczerwienioną skórę i pozwalam sobie spojrzeć za nim, gdy mija bandy i prawie znika w przejściu.
Żadnych zmian — woła, wytykając mnie palcem z daleka. — Gdy wrócę, wszystko ma być perfekt, albo będziesz tu siedzieć do jutra!
Tupię nogą w lód, zaciskając bardzo mocno zęby, by ulżyć sobie w złości, ale to wcale nie pomaga. Pokonana w pierwszym przejawie buntu wobec trenera, zaczynam ćwiczyć według jego wizji, nie swojej.

***

Posłuchałam go — nie miałam innego wyjścia. Mogłam mieć nadzieję, że moja mała ingerencja w jego układ się uda, ale nic z tego. Wychwycił zmianę skoku w jednej sekundzie i nie miałam w tej kwestii nic do powiedzenia. Jest starszy, niż ja, bardzo doświadczony. To utalentowany były łyżwiarz, któremu nie powiodło się w życiu. Nigdy nie dzielił się ze mną swoją historią, ale słyszałam pogłoski o wypadku — nie bez powodu wciąż ledwo zauważalnie utyka na prawą nogę.
Jestem zła i oburzona, gdy wreszcie pozwala mi skończyć. Oddycham szybko i zbieram swoje manatki. Pakuję ubrania do torby z prawdziwą agresją, jakby to one były mi coś winne. Zgrzałam się i prawdopodobnie śmierdzę, ale mam to gdzieś — muszę wyjść, i to natychmiast.
Wypadam na zewnątrz, a tam wita mnie chłodne powietrze wiosennego popołudnia, które przyjmuję z prawdziwą ulgą. Powoli się uspokajam, oddech zwalnia, a serce wraca do zdrowego rytmu. Jest pięknie. 
Powinnam była wziąć prysznic — myślę — bo tam, dokąd kieruję swoje kroki, na pierwszym miejscu stawiają czystość, choć może nie dokładnie tą, którą zaniedbałam. Do klasztoru chodzę niemal codziennie... Nie, nie po to, żeby zostać zakonnicą. Odwiedzam dzieci w przyklasztornym żłobku, a raczej bidulu, jeśli mam być szczera. Dużo ich, w różnym wieku i rozmiarach, a każde spragnione uwagi i choć namiastki miłości. Nie mam wiele do roboty, oprócz trenowania, bo zamiast w zwykłym liceum, uczę się w domu, i to za ciężkie pieniądze mojego ojca — ale nie jestem głupia! Mam po prostu z góry zaplanowane przez kogoś życie i za mało sił, by się postawić.
Klasztor jest duży, cichy i posępny jako budowla. Niewiele się tam dzieje, jeśli spojrzysz nań z ulicy — ot, stary budynek pełen sfrustrowanych życiowo kobiet, które poświęciły życie na modlitwę. Ludzie są powierzchowni, taka już nasza natura. Jeśli przyjrzeć się lepiej, można zauważyć, że w murach starej budowli kryje się długa historia, której nie będzie dane poznać żadnemu z nas, a w środku pachnie tajemnicą i, no cóż, trochę też myszami. Mimo wszystko, odwiedzam siostrzyczki codziennie — niektóre mnie lubią, inne tylko akceptują, ale to nie one są w tej sprawie najważniejsze.
Mała Inge zaczyna piszczeć pierwsza, gdy tylko wystawiam swoją rozczochraną głowę zza ramy drzwi. Dołączają do niej inne i już wiem dlaczego tam przyszłam. One sprawiają, że czuję się potrzebna i lubiana. Jestem trochę do nich podobna — dzieciak ze mnie, tak naprawdę, i szukam ciepła. Być może poszczęściło mi się w życiu bardziej, bo mam rodzinę, dom, a nawet pieniądze, ale wszystko obraca się wokół miłości, której — że się tak wyrażę — wciąż skutecznie mi się odmawia.
Co słychać? — pytam, dźwigając słodką czterolatkę, moją ulubienicę. — Przygotowałaś kredki, tak jak kazałam?
Odpowiada mi szczerbatym uśmiechem i energicznie kiwa głową. Czuję jak szybko trzepocze jej malutkie serduszko, więc chyba tęskniła. Stawiam ją delikatnie na podłodze i natychmiast zajmuję się innymi, żeby nie poczuły się gorsze, ale ją i tak kocham najbardziej. Sama nie wiem dlaczego...
Otaczają mnie ciasnym kręgiem, gdy siadam na dywanie, wcześniej rzucając torbę w kąt. Podwijam rękawy bluzy i dyskretnie ją wącham, ale na całe szczęście mój zapach nie zwala jeszcze z nóg. Jestem zmęczona po treningu i okropnie głodna, ale widok tego podekscytowania na twarzach dzieci rekompensuje mi wszelkie niedostatki energii.
Bawię się z nimi, tak po prostu, a one prześcigają się w zabiegach, by mi zaimponować. W ruch idą wszystkie najładniejsze lalki, przytulanki i książki. Każdą z nich muszę obejrzeć od nowa, choć przecież z dnia na dzień nie przybyło nowych. Dotykam, przeglądam... maluchy są wniebowzięte.
Zdobyłaś sobie niemały autorytet — słyszę znajomy głos.
Siostra przełożona kiwa na mnie palcem, więc się podnoszę, a z dołu dobiega chóralny jęk zawodu. Porozmawiam chwileczkę i zaraz wrócę — mówię im, wychodząc za nią z pomieszczenia. Idziemy do małego pokoju, gdzie zazwyczaj przyjmują odwiedzających. Zwalam się na kanapę, wcale nie elegancko, ale siostra jest już do mnie przyzwyczajona i od początku niezwykle tolerancyjna.
Wyglądasz na zmęczoną, dziecko — stwierdza, kładąc mi na kolanie małe zawiniątko, które natychmiast rozpracowuję i ku mojej radości wyłania się z niego rumiany i mięciutki rogalik. — Specjalnie dla ciebie, bez cukru.
Kiwam jej głową z wdzięcznością, a w oczach stają mi łzy, ale nie z powodu wzruszenia — przez łapczywość po prostu przygryzłam sobie język. Ciasto rozpływa się w ustach i prawię mruczę z zadowolenia. Jest wtorek, a we wtorki mogę zjeść coś nadprogramowego, o czym całkiem zapomniałam!
Dzięki wielkie — mamroczę, nie odrywając wzroku od mojej przekąski. — Jak tam sprawy?
Zawsze zadaję to pytanie i zazwyczaj otrzymuję w zamian wyczerpujący monolog narzekań na wszelkie możliwe bóle jakie tylko starsza osoba może sobie wymyślić. Nie tym razem.
Będziemy miały miłych gości — mówi, a w jej głosie wychwytuję ton podekscytowania. Podnoszę głowę. — Znów zjazd księży na pyszny i wcale nie tak bardzo skromy obiad? — pytam zaczepnie, wspominając pewien incydent, w którym miałam okazję brać udział.
Przekrzywia głowę w bok i przekornie karci spojrzeniem. Tutaj unika się takich tematów, ale nie jest na mnie zła. Uśmiecham się szeroko i jestem niemal pewna, że może widzieć jakieś resztki rogalika między moimi zębami.
Odwiedzą nas sławni sportowcy w ramach akcji charytatywnej — wyrzuca z siebie szybko i wiem już, że dosłownie musiała się gotować, by mi o tym powiedzieć.
Sławni sportowcy? Tutaj? W tej... — milknę, zanim powiedziałabym "w tej dziurze". — Przyjadą do dzieciaków? — pytam po chwili, analizując to sobie.
Potwierdza, a co więcej — wiem już, że będą to członkowie kadry narodowej i przywiozą pieniądze, za które jeden z nich zlicytował swój złoty medal z poprzednich igrzysk olimpijskich. Coś takiego... Igrzyska — ile bym oddała, by wziąć w nich udział? Moja siostra... ona ma szansę i robi wszystko, by jej się powiodło, dlatego też wyjechała uczyć się z najlepszymi za granicą. Ja jestem po prostu gorsza i muszę się z tym pogodzić, choć jest mi ciężko. Gdybym tylko pracowała jeszcze intensywniej i tak często nie upadała... Gdybym tylko znalazła chęć i natchnienie... Gdybym tylko przestała czuć, że moje życie nie ma większego sensu...
Rozmawiam z siostrzyczką jeszcze przez kilka chwil i wychodzę, wracając do dzieciaków. Ściemnia się, więc nadchodzi pora, by się pożegnać. Są zawiedzione i ja trochę też, bo ich towarzystwo dziwnie mnie uspokaja. Obiecuję im, że wrócę. Zawsze wracam...
W drodze powrotnej obserwuję ludzi spacerujących po mieście, większość z nich chodzi parami. Nie, nie krzywię się wcale, choć w sercu ściska mnie żal. Okłamuję sama siebie, wmawiając sobie, że to dziwne uczucie pustki to zmęczenie, a nie tęsknota za czymś, co jeszcze nie do końca potrafię zrozumieć i nazwać. Moje ciało przechodzą dreszcze, gdy wyobrażam sobie, że mnie także mógłby obejmować jakiś chłopak, tak dobrowolnie i z przyjemnością. Albo mężczyzna. Być może Eryk? Wzdrygam się, ale ze strachu. Chyba nie potrafiłabym być z kimś blisko. To takie dziwne... Nigdy mnie nie przytulano! Dlaczego ludzie lubią się przytulać, pozwalają innym się dotykać i sami także to robią? Przecież to zupełnie niepotrzebne. Tylko słabe jednostki potrzebują czułości — słyszałam w dzieciństwie, gdy matka lekko, ale z zimną stanowczością odsuwała mnie od swych ramion. — Nie osiągniesz w życiu niczego, jeśli będziesz skupiać się na innych, nie na samej sobie. Nie jestem ci potrzebna, odkąd możesz sama się wyżywić. Takie gesty to oznaka zwykłej słabości, więc musisz przestać. Im prędzej, tym lepiej.

Przestałam, choć wcale nie było to łatwe. Ciężko zrozumieć tak młodej istocie dlaczego najbliższa osoba odmawia jej czegoś, co wydaje się instynktowne. Najgorsze jednak było to, że mimo swoich słów kierowanych do mnie, gdy mówiła o słabości, nie zabraniała tej bliskości mojej starszej siostrze... Jak miałam odczytywać takie zachowanie? Czyż nie byłam w tym samym stopniu jej córką, co i Brigitte? Dlaczego ona mogła się przytulać, a ja nie? 
Wytłumaczyłam to sobie dopiero, gdy zaczęłam dorastać — ja po prostu byłam inna, gorsza. Nie miałam tak pięknych, jasnych włosów, które mama chciałaby czesać każdego wieczora, tak jak jej. Nie miałam tak przyjemnego, cienkiego głosiku, którego mama chciałaby słuchać godzinami, tak jak jej. Nie miałam ciała, które tak bardzo przypominałoby ciało matki, tak jak jej. Nie byłam nią i nigdy już nie miałam być nikim innym, jak po prostu Romy. To czasami mnie przerażało. Wciąż przeraża... 
Tak bardzo absorbuje mnie dryfowanie we wspomnieniach z dalekiej przeszłości, aż całkowicie zapominam o tym, że wciąż kroczę chodnikiem. Docieram pod znajomą bramę, wklepuję kod i po chwili jestem już w środku. Atakuje mnie intensywny zapach chemicznej świeżości, a to znaczy, że któraś z matek miała napad chandry i posprzątała — sprzątaczka ma zwyczaj przychodzić w piątki.
Mam matkę i mam macochę — obie pod jednym dachem krytym najdroższą dachówką sprowadzoną gdzieś z zagranicy. Mamy piękny dom, pełen kosztownych sprzętów i całkowicie zbędnych ozdób, a przewijają się przez jego progi różne osobowości. Czasami jest zbyt głośno, czasami do bólu cicho. Ojciec nie bywa tu często, ale jeśli już się zjawia, to zazwyczaj wszystko kończy się awanturą matek. Potężną awanturą...
Nie potrafię nazywać tych kobiet inaczej — są w moim życiu od zawsze, ale nie czuję jakiegoś specjalnego przywiązania. Co innego, jeśli chodzi o strach w przypadku rodzonej matki, no i podporządkowanie. Nie każe mi jeść, więc tego nie robię. Nie każe mi się uśmiechać bez powodu, więc tego nie robię. Nie każe mi kochać niczego, oprócz łyżew, więc tego nie robię... W środku cała płonę żywym ogniem rodzącego się buntu, ale wciąż nie potrafię być jej nieposłuszna. Tak mnie wychowała, na swoje podobieństwo, choć nie wszystko poszło po jej myśli... Nie jestem wcale doskonała, a przecież miałam być. 
Odgłos obcasów uderzających o marmurową podłogę rozbrzmiewa mi w uszach i w ostatniej chwili umykam po schodach na górę, gdy za plecami słyszę donośne:
Gdzieś ty się znowu włóczyła?!
To matka, ta biologiczna, zamykam więc drzwi pokoju na klucz i udaję, że mnie nie ma — to jedyny przejaw ignorancji, na jaki mnie stać. Nie chcę jej widzieć, bo pewnie zdążyła już wypić swoje wieczorne martini (tak określa wypicie połowy butelki prosto z gwinta) i będzie się na mnie wydzierać. Niech myśli, że jej się przywidziało. Nie mam sił na kłótnie, ani tłumaczenia — jest dwudziesta pierwsza i ledwo udaje mi się wziąć prysznic, by paść na łóżko i zasnąć snem kamiennym, w cichym oczekiwaniu na kolejne bzdury, które miały mi się przyśnić, ponieważ zapomniałam zażyć tabletki. Przez coraz gęstszą mgłę snu wciąż słyszę matkę dobijającą się do drzwi. Naciągam kołdrę na głowę i drżę lekko, ale tylko przez chwilę — nie jestem już małym dzieckiem, nie muszę się jej bać. Odpływam na dobre.
Tym razem nie budzę się spocona czy nawet poddenerwowana — jestem w dobrym nastroju, co mnie dziwi i, szczerze mówiąc, martwi. To nie może być pomyślny znak, bo dobre samopoczucie zazwyczaj oznacza u mnie dzień pełen wpadek. Coś wierci mnie w brzuchu, a nie jest to głód. Jestem... niespokojna, podekscytowana.Ogarnij się — mamroczę, połykając proszki. — Eryk sprowadzi cię na ziemię, zobaczysz.
Tak się dzieje i gdy po południu wychodzę z sali, jestem wymęczona, zła i najgorsze z najgorszych — mam pod okiem wielkiego siniaka, którego sama sobie nabiłam. Pięknie! Nie dość, że brzydka, to jeszcze wyglądam jak jakaś meliniara, albo awanturnica. Ciekawe co na to dzieciaki? Może nawet się przestraszą i uciekną? Takie myśli towarzyszą mi, gdy mijam żelazną furtkę, ale zapominam o swojej ułomności, bo przed budynkiem widzę czerwony, sportowy samochód, który na tle starego, klasztornego budynku jest... delikatnie mówiąc... nie na miejscu. Obok niego zaparkowano jeszcze jeden podobny wóz, tylko w mniej krzykliwym kolorze, a także białego busa z telewizyjnym logo na rozsuwanych drzwiach. Nawet księża tak się nie wożą, więc kto to...
Oj, na śmierć zapomniałam! — szepczę pod nosem, zastygając w miejscu. Przyjechali ci sportowcy, w obstawie dziennikarzy, a ja nie jestem w nastroju na tego typu spotkanie. Przynajmniej wzięłam prysznic, ale to niczego nie zmienia, bo wciąż mam ten piękny siniec pod prawym okiem! Rozważam wycofanie się i odpuszczenie wizyty, ale wiem, że dzieciaki mi tego nie darują. — A co mi tam, pewnie nawet mnie nie zauważą.
Wchodzę i przemykam cichaczem do drzwi bawialni, która na moje szczęście jest wolna od nieznanych postaci. Prawie wrzeszczę, gdy zza moich pleców nagle wyskakuje Inge i obejmuje mnie rączkami gdzieś w okolicach ud. Jest taka malutka.
Dlaczego się tu chowasz? — syczę, odciągając jej dłonie, bo prawie tracę równowagę. Pokój, zazwyczaj pełen bałaganu i dzieciaków, jest schludnie wysprzątany i pusty. — Uciekłam — stwierdza moja ulubienica i wyciąga ręce w znajomym geście. Podnoszę ją. — Oni są brzydcy — wyjawia mi wprost do ucha tonem najwyższego zgorszenia, sepleniąc lekko. — Nie lubię ich.
Patrzę na nią zdumiona, a ona bawi się moimi włosami i wiem, że jeśli jej nie powstrzymam, to skończę jak zwykle — wyczesana przy użyciu kolorowych kokardek, które niekoniecznie do mnie pasują. Skubana — myślę — wymknęła się niepostrzeżenie. Sadzam ją na krześle i już widzę jak małe usteczka wyginają się w znajomą podkówkę. Jest niepocieszona i zapewne śpiąca, dlatego będzie marudzić.
Dziwne, że ja — dziewczyna wychowana w przeświadczeniu, że przytulanie dzieci jest oznaką słabości i czymś złym — obejmuję obce dziecko, bardzo samotne dziecko, i tulę je do snu. To jest silniejsze, niż mój strach i wola. Wiem, że nie powinnam, bo przez to ona w przyszłości wyrośnie na nieudacznicę, ale robię to, dopóki się nie uspokaja. Doskonale pamiętam te noce, gdy sama usiłowałam zasnąć, wciskając nos w zimną poduszkę i płacząc z tęsknoty za czymś, czego nie znałam, ale bardzo potrzebowałam. Wiem, że Inge jest taka, jak ja wtedy i nie chcę, by przeżywała to samo. Skoro lubi uścisk moich ramion, to nie mogę jej go odmawiać. Coś szarpie mnie mocno od środka, to chyba wzruszenie. Dziwne uczucie, czuję się głupio. Muszę obejrzeć się za siebie i sprawdzić, czy nikt nie patrzy, a wtedy składam na jej czole delikatnego całusa.
Wszystko będzie dobrze — mówię bez sensu, patrząc na jej przymknięte powieki. Nie śpi, ale jest spokojna i widocznie zadowolona.
Kładę małą do łóżeczka i czytam jej, dopóki nie zasypia, wcześniej jednak muszę zgodzić się na upięcie grzywki jedną z mniejszych spinek ozdobionych śmieszną kokardką, za co jestem wdzięczna. Opieram czoło na barierce i zapadam w coś na kształt snu na jawie, w oczekiwaniu na inne dzieciaki. Powieki same mi się zamykają i w pewnym momencie prawie zasypiam, znużona ciężkim dniem i problemami, ale nagle bardziej czuję, niż słyszę jakiś ruch, więc szybko podnoszę głowę.
Widzę chłopaka, który stoi w drzwiach — jest jeszcze młody, to widać, ale wysoki i szeroki w ramionach już jak mężczyzna. Jak Eryk, tylko w inny, delikatniejszy sposób. Usiłuję przybrać neutralną minę, choć wiem, że zapewne się krzywię, bo prawdę mówiąc, nieźle mnie przestraszył. Jestem zdezorientowana, niestety, nie bardziej, niż on. Wpatruje się we mnie szeroko otwartymi oczami i z jego miny wnioskuję, że nie mogłam mu się spodobać, bo wygląda jakby go zatkało, ale w złym sensie. Wtedy dopiero sobie przypominam — mam podbite oko i grzywkę podpiętą na czubku głowy dziecinną spinką!
Mruga trzy razy i przełyka ciężko, a mnie nerwowo drga lewa ręka — rozważam usunięcie śmiesznej ozdoby z moich włosów, choć wcale nie mogę się ruszać. Chciałabym coś powiedzieć, ale nie wiem co, jednak zanim mam okazję się przełamać, on nagle się wycofuje, wpadając plecami na drzwi i po chwili już go nie ma. Słychać tylko szybkie kroki z głębi korytarza, a później zalega ciężka, pusta cisza.
Romy! — woła Inge, co natychmiast otrzeźwia mój umysł i wyciągam ją z łóżeczka, wciąż wracając ciekawskim wzrokiem w stronę drzwi. Pieką mnie policzki, a serce bije szybciej, ale tym razem nie ze strachu, tym razem jakoś inaczej... 
Sławni sportowcy, a to musiał być jeden z nich.
 
***

-> -> -> wyjaśnienie tytułu opowiadania i małe wprowadzenie do zrozumienia całości, którą będę tutaj budować.  

-> -> -> natchnienie przyszło wraz z obejrzeniem tego cuda po raz tysięczny...


Pisałam ten rozdział fragment po fragmencie przez długi czas i tak oto powstał, więc z wielką radością, a także obawą, prezentuję go Wam w oczekiwaniu na reakcje. Zmieniłam bohaterów, niedobra ja. Musicie mi wybaczyć, ale pisanie o naszym zacnym Macieju nie szło mi wcale, a gdy tylko w jego miejsce podstawiałam kogoś innego (to musiał być wysoki blondyn!) mój umysł się odblokowywał. Padło na Niemców, znowu! Możecie mówić, że się podniecam, jaram i — tu zostawiam inwencję mojej „wielbicielce”, która od czasu do czasu gnębi mnie mniej lub bardziej publicznie, by wymyśliła nowe określenie dla mojego zainteresowania skokami i skoczkami ;)
Tutaj będę do Was przemawiać „z dołu”, żeby już od początku nie przynudzać swoim paplaniem ;) Mała rada na przyszłość: jeśli ktoś nie rozumie, że opowiadanie to tylko fikcja, a ja sama pisząc je, nie mam w głowie tabunów nagich skoczków tańczących Harlem shake, tylko wymyślonych, własnych bohaterów, to śmiało może wyłączyć stronę i powstrzymać się od bezcelowych i zawistnych komentarzy. Staram się być miła, ale czasami normalnie mnie ponosi, gdy czytam jakieś idiotyczne, dziecinne zarzuty. Jestem nerwowa z natury, taki mój urok i proszę — nie dawajcie mi niepotrzebnie pola do popisu. Co innego konstruktywna krytyka dotycząca samych rozdziałów — jeśli jest coś, co się Wam nie podoba (oprócz samej autorki i jej głupawych wywodów) to nie bójcie się o tym napisać. Gryzę, ale lekko ;)

Andi Wellinger wyrósł na mojego faworyta do roli w tym opowiadaniu, bo jako całokształt pasuje mi tu idealnie, zobaczycie dlaczego. Nie będzie podobny do tego z Zimowych odcieni, choć przez większość czasu równie niedojrzały. To zupełnie inna historia, bardziej realna. Coś podobnego mogłoby się przydarzyć w prawdziwym życiu. Długo nad tym wszystkim  myślałam i doszłam do wniosku, że postawię na realizm i prostotę, ale w takim wydaniu, którego prawie każda z nas chciałaby doświadczyć. Mam nadzieję, że te kilka wiernych czytelniczek zostanie ze mną i tutaj.
Nie pozostaje mi nic innego, jak zaproszenie Was do komentowania — co sądzicie o Romy? Będzie ciekawą bohaterką? Osobiście polubiłam ją natychmiast, gdy tylko powstała w mojej wyobraźni. Długo szukałam w sieci zdjęcia, które idealnie przedstawiłoby ją taką, jaką jest i prawie się to udało — miała mieć krótkie włosy i lekko okrągłe policzki, być przyjemna dla oka, ale nie piękna, wyglądać na zamkniętą w sobie i wrażliwą. Nie ujawniłam od razu zarysu całej historii, ale bądźcie pewne, że to opowiadanie nie będzie do bólu banalne. Niemcy w całej swej okazałości pojawią się dopiero w drugim parcie, bo spisany rozdział z ich udziałem zajmował zbyt dużo miejsca, by dobrze się czytało. Pozdrawiam cieplutko, jak zwykle i przepraszam za wszelkie błędy :)